piątek, 14 maja 2010

Trójkąt Bermudzki

Jak to jest z tym "Trójkątem Bermudzkim"?



Jak to jest z tym "Trójkątem Bermudzkim"? Legenda, legendą, ale faktem jest np., że(co zresztą odnotowano w jednym z raportów NASA na podstawie doniesień kosmonautów), powierzchnia morza w tym rejonie jest o 25 m niższa w stosunku do pozostałej powierzchni Oceanu Atlantyckiego!

Dziwne bardzo... Nie da się ukryć, że "trójkąt" jest rejonem, w którym występują wyjątkowo liczne i silne zaburzenia atmosferyczne. Kapitan żeglugi wielkiej Hans Herman Diestel podaje w swej książce, że w latach 1886-1968 notowano w "trójkącie" 667 wyjątkowo silnych wiatrów, w tym 395 o sile orkanu wiejącego z szybkością 350 kmh. Takich anomalii występuję tu znacznie więcej. Teraz może parę słów o samej nazwie. Dlaczego "trójkąt"? Ponieważ ów diabelski rejon mieści się pomiędzy Puerto Rico, Miami a Wyspami Bermudzkimi. Co prawda wielu autorów opracowań na ten temat twierdzi, że równie dobrze mógłby być to trapez, ale skoro już nazwa taka się przyjęła, pozostańmy i my przy niej.

Katastrofy, zwłaszcza morskie odnotowano w tym rejonie od dawna, swoja ponurą sławę zawdzięcza jednak "trójkąt" wydarzeniu, które zdarzyło się tutaj 5 grudnia 1945 roku...

***

Przenikliwy gwizd syreny alarmowej poderwał sekcję na start. Piloci wybiegli dopinając po drodze kombinezony. Dopadli zdyszani maszyn i zaczęli się wspinać ku otwartym kabinom. - No, jak?- spytał porucznik Taylor patrząc na mechanika dopinającego mu klamry. - O.K przyjemnej wycieczki... Avengery doszły do pasów, wykręciły pod wiatr, zagrzmiały silnikami. Po kilku minutach porucznik meldował: - Halo. Baza. Pierwszy z klucza. Jesteśmy na kręgu, Odbiór. Patrol, składający się z pięciu bombowców typu TBM Avenger, wystartował 5 grudnia 1945 roku o godz. Czternastej do lotu ćwiczebnego z lotniska wojskowego w forcie Lauderdale na Florydzie. ... Taylor spojrzał na zegarek. Dochodziła 14:05. - Baza, zrozumiałem zadanie. Wykonuję! Z przyzwyczajenia spojrzał na przyrządy pokładowe. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Lot przebiegał spokojnie, planowo. Avengery szły wyznaczonym kursem na wysokości 1000 stóp. Po godzinie dowódca przycisnął guzik mikrofonu: - Halo, klucz. Do wszystkich, do wszystkich! Za godzinę sprowadzamy te cholerne pudła na ziemię. Taylor nawiązał kontakt z wieżą kontrolną: - Zezwalam na lądowanie- podaje kontroler W tej samej chwili w głośnikach wieży rozległ się przerażony głos dowódcy: - Dzieje się z nami coś dziwnego! Nie widzę ziemi! Powtarzam, nie widzę ziemi! Nawigator wieży kontrolnej, kapral Allen Kosnar spojrzał zdziwiony. - Starego Taylora trzymają się głupie kawały?- Ponownie wcisnął klawisz przełącznika. - Halo, klucz! Tu baza. Podaje... W głośniku rozległ się głos Taylora : - Baza, powtarzam, że nie widzę ziemi! Nie widzę!!! Kosnar przetarł spocone czoło - Baza, słyszycie nas?- chrypiał głośnik - Nie możemy określić swojego położenia. - Lećcie za słońcem, na zachód. Słyszysz, na zachód! - Nie widzimy słońca! Nie wiemy gdzie jest zachód! Nic nie rozumiemy... Piloci już nie reagowali na żadne polecenia. Krzyżujące się w eterze nawoływania świadczyły, że znajdują się u kresu wyczerpania nerwowego. Po kilkunastu minutach dowódcy udało się złapać kontakt z bazą. Meldował: - Nasze busole nie działają! Sadzę, że znajdujemy się w okolicach Keys... Łączność ponownie została przerwana. Wieża jednak nadal słyszała rozmowy pilotów przez czterdzieści minut, najstraszliwszych chyba w historii fortu Lauderdale. Wreszcie około godziny 16:00 zgłosił się jeden z oficerów, chyba był to kapitan George Stivers. - W dalszym ciągu nie jesteśmy pewni, gdzie się znajdujemy. Ostatnie jego słowa brzmiały nieco dziwnie: - Wygląda na to, jak byśmy wchodz8ili w białą wodę! To chyba koniec...-głośnik zatrzeszczał i umilkł. W eterze panowała martwa cisza. Z fortu wyleciał niemal natychmiast ogromny hydroplan typu "Martin Mariner" PBM, pilotowany przez porucznika Coney'a. Na pokładzie znajdował się m.in. Polak- Józef Żywicki z Chicago. Po dwudziestu minutach samolot nie odzywał się już... co się stało? Jak to możliwe, że na tak stosunkowo małym obszarze zaginęło bez śladu SZEŚĆ samolotów z dwudziestoma siedmioma osobami na pokładzie! Poproszono o pomoc wszystkie jednostki stacjonujące na tym wybrzeżu, aby przeszukiwały ten rejon. W poszukiwaniach uczestniczyło ponad 300 samolotów i 50 jednostek pływających. Żołnierze przetrząsnęli ponad 50 kilometrów kwadratowych wybrzeża Florydy. Na próżno...


***

Co mogło się przydarzyć zaginionym bez wieści sześciu samolotom, które 5 grudnia 1945 roku wystartowały do swojego- jak się okazało-ostatniego lotu? Synoptycy orzekli, że na pewno nie zła pogoda. W tym dniu była piękna pogoda, prawie bezwietrznie i bezchmurnie. Samoloty Gruman Avenger produkował koncern General Motors i musiały to być rzeczywiście dobre samoloty, jeśli używano ich w lotnictwie USA do 1954 roku. Eksperci zajęli się badaniem pozostałych maszyn, by stwierdzić, że wszystkie urządzenia pokładowe są w porządku. Dziwnym faktem jest jednoczesne zaginięcie samolotów. Wypadek spowodowany usterkami mógł się zdarzyć jednemu pilotowi. Ale wszystkim naraz!? Trochę gorzej wyglądało to z szóstą maszyną, która także zaginęła bez śladu. Samolot nie cieszył się uznaniem pilotów. Mówili, że to "latająca beczka prochu". Ale po "Martinie" nie znaleziono nawet plamki oleju na wodzie!


***

Całą tą sprawą zajęła się telewizja. Autor programu na ten temat J.Ford oświadczył, że armia celowo ukryła pewne fakty. Między innymi ostatnie słowa porucznika Taylora, które ponoć brzmiały: - "....nie podchodż! Boże, oni są chyba z przestrzeni kosmicznej...! Ford powołał się na anonimowego radioamatora, który podobno usłyszał rozmowę. Piątka Avengerów zapoczątkowała czarną serię. 3 lipca 1947 roku zaginął C-54.Był to samolot armii USA. 17 stycznia 1949 roku zniknęła bez wieści maszyna "Star Ariel" z 20 osobami na pokładzie. 28 grudnia przepadł samolot pasażerski DC-3 , który podchodził już do lądowania! Do lotniska w Miami miał tylko 50 mil! Nie usłyszano żadnej eksplozji, nie było sygnału SOS. "Diabelski Trójkąt" pochłaniał także statki. Czwartego marca 1918 roku ogromny okręt z węglem na pokładzie rozpłynął się w powietrzu bez najmniejszego śladu. Były przypadki, że odnajdywano statki w rejonie "trójkąta" , ale bez....załogi. Tak było z jachtem Joshui Slocuma oraz z statkiem "Carrol A. Deering", na którym został tylko...kot!


***

Są tacy, którzy uważają ,że rejon ten jest ulubionym miejscem...Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, czyli UFO. Pewnej nocy żeglarz John Farfaix zauważył nad horyzontem światła. Dziesięć razy bardziej błyszczące niż Wenus. To nie były gwiazdy. Wydawało mu się jakby nawzajem się ścigały. Gdy były jeszcze widoczne, miał wrażenie ,że jest zahipnotyzowany. Dopiero gdy zniknęły odzyskał pełną przytomność umysłu. Kapitan Dolmenico opowiada, że widział obiekt, który się wynurzył z wody tuż przed dziobem statku. Jego wielkość oszacował na 60 metrów długość, a prędkość na ok.. 100 kmh. Stwierdził, że nieznany obiekt nie miał żadnych otworów. Czy John Farfaix widział coś podobnego? Wierzyć, nie wierzyć...

Co by się jednak na ten temat nie mówiło i pisało szereg przedziwnych katastrof w rejonie "Trójkąta Bermudzkiego" wciąż czeka na swoje wyjaśnienie. Możemy śmiało powiedzieć, że coś tam jest, ale czy to jakieś anomalia pogodowe, kolejny spisek, czy też wpływ obcych tego nie jesteśmy się w stanie dowiedzieć. Zagadkę tą, można rozwiązać, poprzez wysłanie solidnej ekipy, ale i to nie gwarantuje sukcesu, gdyż te dziwne zdarzenia występujące tam, czasami nie dają o sobie znać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz